Czarny czwartek. Janek Wiśniewski padł.

Wczoraj, czyli 25 lutego miała miejsce premiera filmu Antoniego Krazue „Czarny Czwartek. Janek Wiśniewski padł”. Od dłuższego czasu czekałem by zobaczyć tą produkcję zachęcony efektownymi zwiastunami, w tym teledyskiem Kazika, który wykonał „Balladę o Janku Wiśniewskim”. Do kina udałem się w dzień premiery, zastając o dziwo (albo i nie) niemal pustą salę. Cóż, nie ma pokazu 3D ani Stevena Seagala. Postaram się pokrótce opisać „na świeżo” moje odczucia po filmie.

Akcja filmu rozgrywa się na wybrzeżu gdzie w 1970 roku doszło do masowych protestów robotniczych spowodowanych drastycznymi podwyżkami cen żywności. Głównym bohaterem, jak sugerować może tytuł, nie jest Zbyszek Godlewski ale rodzina pracownika gdyńskiej stoczni Brunona Drywy, która na krótko przed tragicznymi wydarzeniami dostaje wymarzone mieszkanie w bloku w Gdyni. Początek filmu to obraz codzienności tamtych dni, codzienna praca, trudności i małe radości. To radość z szynki na święta czy przywiezionego zza granicy kolorowego długopisu. Początkowo rozczarowało mnie wplatanie archiwalnych ujęć Gdyni pomiędzy poszczególne sceny filmu, później jednak pasowały one doskonale do rekonstrukcji z udziałem aktorów, tworząc przejścia z czarno białych ujęć do kolorowych odgrywanych przez aktorów wydarzeń. To, co z początku wydawało mi się mankamentem filmu okazało się jego dużą zaletą.

Film od początku tworzy realistyczną, niewesołą atmosferę, która przybiera na sile wraz z kolejnymi scenami prowadzącymi do kulminacji komunistycznej zbrodni tych dni. Protesty robotnicze, które wybuchły w Gdańsku szybko przeniosły się również do Gdyni, początkowo bagatelizowane przez partyjną centralę szybko stały się sprawą priorytetową. Robotnicy rozmawiający z przedstawicielami partii, wystraszeni i zdezorientowani lokalni urzędnicy oraz ich bezkompromisowi zwierzchnicy, nerwowa atmosfera i wyczuwalna prowokacja komunistycznych władz, niepewność niższych urzędników pomieszane z problemami dnia codziennego takimi jak dostęp do telefonu, brak pieniędzy czy pralki… wszystko to obserwujemy zanim staniemy się świadkami wyrachowania partyjnych oficjeli i okrucieństwa ich formacji zbrojnych. „Do kontrrewolucji się strzela” – powiedział grany przez Piotra Fronczewskiego Zenon Kliszka na spotkaniu z przedstawicielami partii z wybrzeża. Tak też zrobiono. Doskonała jest scena spotkania najwyższych przedstawicieli władz na czele z Władysławem Gomułką. Moment, w którym rozpoczyna się akcja wojskowo-milicyjna przeciwko robotnikom poprzedzony jest rozmową dowódców Marynarki Wojennej, którzy wyczuwając prowokację mają wątpliwości odnośnie całej sytuacji.

Później jesteśmy już świadkami wyrachowanej zbrodni, ostrzelania wysiadających z pociągu robotników, pierwsze ofiary, gromadzący się tłum idący do gdyńskiej stoczni, kordony milicji, czołgów i transporterów opancerzonych, wiszący nad protestującymi helikopter, z którego zrzucane są pojemniki z gazem. Sceny te robią niesamowite wrażenie, skandujący „Mordercy!” tłum rzucający kamieniami w żołnierzy i milicję, kolejne serie z karabinów i kolejne ofiary. Scena śmierci Zbyszka Godlewskiego i poniesienie go na drzwiach przeplatana jest archiwalnymi materiałami, które łączą się w efektowną całość . Dodatkową podniosłą i tragiczną atmosferę pozwalającą wczuć się w film odgrywają tu rozmowy milicjantów przez radiostację informujące o grupie demonstrantów idących ulicą Świętojańską i niosąca na drzwiach zamordowanego Godlewskiego.

Nie sposób nie pochwalić scen starć demonstrantów z siłami milicji i wojska choć nie zdominowały one całkowicie filmu. Przejeżdżający po samochodzie czołg, wystrzeliwanie granatów gazowych, strzały do tłumu po których następuje wyłapywanie demonstrantów, ich brutalne „przesłuchania” i ścieżki zdrowia pozwalają poczuć gniew i żal, który wtedy czuli robotnicy. Te odczucia uzupełnia ukazane oczekiwanie na zabitego męża żony Brunona Drywy, która poinformowana została o niegroźnym wypadku w pracy a także późniejszy sposób chowania poległych, których postanowiono wymazać z historii grzebiąc ich pod osłoną nocy. To nie wszystko, komunistyczne władze postanowiły przesiedlić rodziny zabitych aby nie były one żywym przypomnieniem ich zbrodni.

Widząc i przeżywając wraz z bohaterami filmu te tragiczne dni widz powinien poczuć gniew również z innego powodu. Powodem tym jest, to, że podobnie jak ideowi poprzednicy zbrodniarzy z Gdyni, mordujący polskich żołnierzy podziemia, tak i oni nigdy nie ponieśli kary za swoje czyny. Że czołowe postacie zbrodniczego systemu nigdy nie zostali skazani, mimo, że dopuścili się kolejnych zbrodni przeciwko Polakom, robotnikom. W filmie całkowicie pominięta jest postać gen Wojciecha Jaruzelskiego, ówczesnego ministra obrony narodowej, który nadzorował tłumienie robotniczych protestów na wybrzeżu i brał udział w jego przygotowaniach. Jak wiadomo, nie protestował on również przeciwko użyciu broni wobec robotników, którym decyzja zapadła na posiedzeniu KC PZPR 15 grudnia 1970 w Warszawie. Trudno powiedzieć dlaczego twórcy filmu zignorowali jego udział w tych wydarzeniach, jednak niesmak budzi fakt, że człowiek winny takich zbrodni dożywa swoich dni w spokoju w tzw. wolnej Polsce zamiast od dawna zamieszkiwać więzienną cele. Przy okazji filmu możemy ponownie uświadomić sobie w jakim kraju żyjemy obecnie, poczuć po raz kolejny policzek którzy wymierzyli nam, Polakom, komuniści oraz ich demokratyczni następcy, którzy zapewnili przestępcom „miękkie lądowanie” w „nowej Polsce”. Dodatkowym budzącym mój niesmak akcentem był honorowy patronat nad filmem Bronisława Komorowskiego, tego samego, który zapraszając gen Jaruzelskiego na posiedzenie Rady Obrony Narodowej przyczynił się do jego, prowadzonej od lat w niektórych polskich mediach i środowiskach postkomunistycznych, rehabilitacji.

Wracają jednak do samego filmu muszę stwierdzić, że został zrealizowany bardzo dobrze i wywarł na mnie spore wrażenie. Po raz kolejny powtórzę zatem, że podobnych filmów powinno powstawać coraz więcej. Po to aby przybliżyć nowemu pokoleniu trudną polską historię, ukazać poświęcenie zwykłych ludzi w dążeniu do wolności i nie pozwolić zapomnieć win tych, którzy taki los zgotowali naszej Ojczyźnie. Argumentem za powstawaniem takich filmów mogłoby być lepsze przyswajanie historii przez dzisiejszą młodzież z filmów niż nafaszerowanych szczegółami książek. Jednak, z drugiej strony, widząc świecącą pustkami salę w dniu premiery odniosłem wrażenie, że i to za mało. by Ajwaj

%d blogerów lubi to: